Reformatorski drenaż energii polskiej nauki

 

Profesorska wizyta studyjna Agnieszki Kacprzak i Przemka Hensla w Ann Arbor (właśnie dostałam od nich zdjęcia) na zaproszenie prof. Gonzaleza uświadomiła mi, że już dawno miałam napisać o różnicach w pracy naukowej na UoM i UW.

Nie wiem, czy to widać, słychać czy czuć, ale moja socjalizacja naukowa (7 lat przed i 7 lat po usamodzielnieniu, czyli habilitacji) miała miejsce na uniwersytetach zachodnich. Najpierw na Technical University w Berlinie Zachodnim, gdzie 5 lat pracowałam równolegle w 2 różnych zespołach badawczych kierowanych przez prof.  Silbereisena i prof.  Upmeyera (o konsekwencjach w ich różnych stylach kierowania pisałam w osobnym poście).  Po zjednoczeniu Niemiec od 1990 roku „moim drugim ” uniwersytetem stał się University of Michigan w Ann Arbor. Drugim, bo dodatkowym poza UW miejscem pracy naukowej. Musiałam zadowolić się wieloma co 1-2 miesieęcznymi pobytami  w USA   niż długim pobytem wymagającym zabrania z sobą całej rodziny. Tylko raz, przez 4 miesiące, miałam na UW urlop bezpłatny i wtedy moim jedynym  źródłem dochodów był „Berlin”.

 Ale to nie Berlin Zachodni, tylko Ann Arbor stało się moim naukowym domem. To tam zrozumiałam, co to znaczy oddychać nauką, zobaczyłam, że profesura obowiązkowo uczestniczy nie tylko w seminariach naukowych, na których zaprasza się gości z całego świata, ale także na tych, na których referują doktoranci.

A rady wydziału odbywają się w czasie przerwy lunchowej, gdzie ludzie jedzą i głosują, jeśli jest taka potrzeba. 

Zupełnie inaczej niż u nas – długie, obowiązkowe i liczne rady, nieliczne i nieobowiązkowe seminaria naukowe. Na kampusie w Ann Arbor ciągle słychać dyskusje naukowe, a nie tak jak w Polsce, gdzie króluje punktoza – i nie rozmawia się  o rozwiązywanych/ rozwiązanych  problemach tylko o liczbie punktów.

 Z takimi samymi refleksjami wracali z Ann Arbor wszyscy Polacy, którzy co roku od 1990 roku, dzięki najpierw funduszom zagwarantowanym przez ówczesnego dyrektora ISR profesora Zajonca , a potem przez Stypendium Burnsteinów, odbywają staże w Ann Arbor. Przed rokiem, dzięki wygraniu stypendium Burnsteinów, taki staż odbyła dr Katarzyna Niewińska.

 

Napisała wtedy do mnie m.in.: „Bardzo inspirujące wykłady i prezentacje naukowe (także sporo w aspektach ekonomiczno-społecznych). Poznałam pracowników ISR, którzy są bardzo sympatyczni i bardzo dobrze wspominają naszego Bartka Michałowicza. W zeszłym tygodniu byłam już zaproszona na ich wewnętrzne seminarium dla doktorantów w Ross School, a także na seminaria z gośćmi specjalnymi, np. Christiny Bradley (psycholog z Yale, Center for Positive Organizations prof. Ethana Krossa), prof. Balázs Kovács.  Doktoranci stąd też wciągnęli mnie na ich wewnętrzne spotkanie dotyczące badań. Masz rację, tu jest taki niezwykły duch naukowy. Tu ciągle się dyskutuje na temat badań i analiz. Nawet nie wiem, jak podziękować za to wszystko. Dla mnie to niezwykły okres w życiu. Zupełnie nowa perspektywa i nie mogę się doczekać kolejnych seminariów i wykładów. Dziękuję za przesłanie bardzo interesującego sprawozdania ze stażu w Ann Arbor Marioli Majchrak i linki do nagrań wykładów na WZ michigańskich profesorów  Krossa i Kitayamy”.

 Już w czasie mojego pierwszego pobytu w 1990 roku zrozumiałam, że nie jesteśmy od Amerykanów głupsi, że mimo że byłam kształcona TYLKO na Uniwersytecie Warszawskim (mgr z matematyki, dr z psychologii), nigdy nie miałam powodów do edukacyjnych kompleksów.

To czemu w rankingu szanghajskim – UoM od lat plasuje się około 25–35 miejsca, a my NIESTETY kilkaset pozycji niżej?

Wszyscy powiedzą, że to kwestia zainwestowanych w naukę pieniędzy. Pieniądze są oczywiście ważne ( i są takie dyscypliny, gdzie bez "wypasionych" laboratoriów konkurencja jest BARDZO utrudniona) ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że energia polskich naukowców jest systematycznie niszczona przez specyficznie „tylko??? polską” skłonność do nieustających przetasowań instytucjonalnych.

Nie wiem, jak jest w innych krajach europejskich, ale wiem, jak jest w Michigan, więc ograniczę się do porównania UW z UoM.

 Prof. Richard Gonzalez oprócz łączenia etatów w różnych jednostkach UoM (patrz wizytówka na zdjęciu) jest aktualnym dyrektorem Research Center for Group Dynamics, w skrócie RCDG.

Nazwa Centrum mogłaby sugerować, że badają tam dynamikę zachowań grup. To była prawda w latach 40. ubiegłego stulecia. Już w 1990 nikt się tym w RCDG nie zajmował, ale nikomu nie przyszło do głowy, aby zamykać RCDG albo zmieniać nazwę. Dba się o ciągłość nazwy mimo radykalnej zmiany treści badań, bo dba się o kapitał reputacyjny (brand instytucjonalny).

Nazwy takie jak „Group Dynamics”, „Survey Research Center” mają historyczną wagę i rozpoznawalność. Zmiana nazwy to utrata kapitału naukowego.

  Można powiedzieć, że to instytucjonalny konserwatyzm: zmienia się praktykę, ale nie zmienia się SZYLDU.

Zamiast zmieniać nazwę, dokonuje się reinterpretacji / rozszerzenia znaczenia. Dziś w RCDG bada się np. także determinanty zdrowego starzenia (z użyciem biosensorów), czyli zakres prowadzonych badań został radykalnie rozszerzony i przekształcony.

 Czy ktoś w Polsce może uwierzyć, że odkąd mam przyjemność obserwowania UoM, nie było „rewolucji instytucjonalnych”, brak zmian nazw, brak reorganizacji typu „łączenie/rozbijanie”?

Nuda… W Polsce za to ciągle rewolucje proceduralne, zmiany nazw…

 Podobnie z procedurą nadawania doktoratów – u nas ciągłe zmiany – tam tylko recenzenci z UoM, bo to przecież UoM firmuje doktorat; u nas w czasie mojej pracy zawodowej procedury zmieniano wiele razy – wymagano, aby 1 z 2 recenzentów był spoza UW, potem obydwoje mieli być spoza, a teraz już wymagani są troje spoza UW. Ciągłe zmiany w ustawodawstwie powodują, że nasza energia jest koszmarnie marnotrawiona na przystosowywanie się do proceduralnych zmian.

 Oczywiście przykład idzie z góry.

 W Stanach Zjednoczonych trwałość instytucji jest uznawana za wartość. Wybory odbywają się we wtorek według harmonogramu dostosowanego do realiów XIX-wiecznego społeczeństwa rolniczego – wtorek, mimo absurdalności powodów jego wyboru w XXI wieku, został zachowany (bo system „działa wystarczająco dobrze”; zmiana np. na weekend mogłaby zmienić wyniki wyborów), ale rozszerzono early voting, dopuszczono głosowanie korespondencyjne. System adaptuje się peryferyjnie, nie zmieniając rdzenia.

 A u nas – cała para idzie w nieustającą zmianę nazw/szyldów. Ministerstwa powstają i znikają (np. tu można podawać dużo przykładów, ale tekst stałby się za stanowczo za długi).

 Zmiana nazwy konsumuje energię, która powinna być zużyta na pracę, a nie na nowe szyldowanie.

 Zdecydowanie to amerykański system z predylekcją do stałości instytucjonalnej (struktury i nazwy pozostają stabilne, podczas gdy praktyka i treść ulegają ciągłej adaptacji do zmieniającego się otoczenia) sprzyja dobremu wykorzystaniu energii naukowców bardziej niż polski system z predylekcją do ciągłego reformowania szyldów.

 Uczmy się nie tracić cennej energii od Amerykanów!

Reformatorski drenaż energii polskiej nauki

  Profesorska wizyta studyjna Agnieszki Kacprzak i Przemka Hensla w Ann Arbor (właśnie dostałam od nich zdjęcia) na zaproszenie prof. Gonzal...